Wybory 2015

Trybunał Konstytucyjny to nie jest Sąd

Styczeń 5, 2016 22:50

Autor: Sławomir Śmiełowski

Niezrozumiały więc logicznie i prawnie jest ten cały medialny jazgot zarzucający angażowanie się władzy ustawodawczej w kompetencje władzy sądowniczej, przy jednoczesnej akceptacji odwrotnej ingerencji. Mało tego, mamy wręcz do czynienia z sytuacją nadzwyczaj irracjonalną, w której TK posiada mniemanie wyższości nad władzą ustawodawczą.

Oj, nielekko mają wyborcy w tej naszej nieszczęśliwej ojczyźnie. Przeświadczeni, że żyją w demokratycznym kraju idą do urn wybrać sobie „swoją” władzę. Tak wynika chociażby z założeń. Wybierają więc sobie Prezydenta RP, wybierają swoich przedstawicieli do parlamentu, a ci z kolei kompletują rząd. Idea jest taka, że ci wybrańcy mają ustanawiać im dobre prawo i sprawować rządy, tylko i wyłącznie w ich najlepszym interesie. Po to ich właśnie wybrali, aby służyli im wiernie. Im i nikomu więcej. Ale to byłoby zbyt piękne, aby było prawdziwe. Wkracza w to wszystko bowiem sędzia Andrzej Rzepliński ze swoim Trybunałem Konstytucyjnym twierdząc, że nie interesują go postanowienia Sejmu, Senatu, a nawet Prezydenta RP. On i podlegli mu sędziowie są najważniejsi w tym państwie i to oni będą decydować, czy dana ustawa ma wejść w życie, czy też nie. Nie liczą się wyniki wyborów, nieważna jest wola narodu, bo to TK jest najwyższą władzą w tym kraju. Koniec, kropka !

Od wielu tygodni oglądamy komediowo – dramatyczny spektakl pod tytułem: „Trybunał Konstytucyjny”. Komediowy dlatego, że w zasadzie już wszystkie zainteresowane strony sporu rozśmieszają widzów swoją merytoryczną niekompetencją i przekrętnymi usprawiedliwieniami swoich posunięć. Dramatyzm sztuki wynika z kolei z samej powagi instytucji której dotyczy (myślę o powadze konstytucyjnej, a nie faktycznej) oraz coraz bardziej wulgarnego poziomu debaty publicznej, przenoszącej się nawet na ulice.

W tym publicznym sporze, przypominającym bardziej harmider w barze „Pod Topolami” aniżeli rzeczową dyskusję, oprócz oklepanego sloganu „demokracja” często wymieniana jest zasada trójpodziału władzy. Przypomnijmy, że zasadę tę przedstawił zainspirowany założeniem Locke’a, Monteskiusz, w swoim dziele „ O duchu praw”.

Pisał w nim między innymi:

Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą nie ma wolności, ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał. Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela”.

Analizując wywód Monteskiusza należy jednoznacznie stwierdzić, że ci „eksperci”, którzy najgłośniej wykrzykują o łamaniu monteskiuszowskiej zasady trójpodziału władzy, albo nie zdążyli zauważyć że zasada ta w naszym nieszczęśliwym państwie już dawno nie jest przestrzegana, albo nie rozumieją wypowiadanych przez siebie treści. W idealnym monteskiuszowskim systemie trzy władze: ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza, są wyraźnie oddzielone i niezależne od siebie. Mimo wszystko jednak, to władza ustawodawcza będzie miała zawsze pewną nadrzędność nad pozostałymi. To parlament bowiem wydawanymi ustawami wyznacza ramy działania, zarówno rządowi (władzy wykonawczej), jak i sądom (władzy sądowniczej), a więc w tej hierarchii władz plasuje się najwyżej.

A jak to wygląda od lat w naszym nieszczęśliwym kraju? Otóż w ogóle nie funkcjonuje idea Monteskiusza. Rząd (czyli władza wykonawcza), mając za sobą większość parlamentarną, sam pisze sobie ustawy, które następnie realizuje, co jest w trójpodziale niedopuszczalne. Pamiętamy przecież, że gdy premierowi Tuskowi zabrakło pieniędzy w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych, rząd sam napisał sobie ustawę, dzięki której skradł 135 mld zł z Otwartych Funduszy Emerytalnych przelewając je na rachunek ZUS, ratując chwilowo tę instytucję. W tę gangsterską transakcję włączył się ponadto przedstawiciel władzy sądowniczej, czyli Trybunał Konstytucyjny, stwierdzając, że wszystko było zgodne z Konstytucją, czyniąc rząd, jak twierdzi redaktor Stanisław Michalkiewicz, organizacją przestępczą o charakterze zbrojnym – trudno się z tym twierdzeniem nie zgodzić. To najdrastyczniejszy przypadek, ale wykraczanie władzy wykonawczej i sądowniczej poza swoje kompetencje i wchodzenie w zakres władzy ustawodawczej, stało się w Polsce normą. Mówienie więc o wyjątkowym łamaniu monteskiuszowskiej zasady przy okazji sporu wokół TK jest wyrazem głębokiej niewiedzy, bowiem idea ta w ogóle od lat nie jest w Polsce przestrzegana.

Bardziej jednak chciałbym skupić się na władzy sądowniczej, a konkretnie na Trybunale Konstytucyjnym. Zacznę od odważnej tezy, że TK nie jest żadnym sądem, a jego sędziowie są tylko politykami w sędziowskich togach, którą postaram się uzasadnić.

Definicji sądu jest wiele. Jedna z nich stanowi, że „sąd to we współczesnych demokratycznych systemach prawnych niezawisły organ państwowy, powołany do stosowania prawa w zakresie rozstrzygania sporów między podmiotami pozostającymi w sporze, a także decydowania o przysługujących uprawnieniach oraz dokonywania innych czynności określonych w ustawach lub umowach międzynarodowych”.

Mimo istnienia jak wspomniałem wielu definicji, wszystkie sprowadzają się do tego, że ideą funkcjonowania sądów jest rozstrzyganie sporów między podmiotami. Sądy winny oceniać tylko i wyłącznie fakty, a następnie stosując przepisy prawa (ustanowionego przez władzę ustawodawczą) wydawać werdykt. Mimo, że podczas rozprawy w TK stworzono jakoby pozory sporu dwóch podmiotów (przedstawiciel ustawodawcy spiera się z przedstawicielem wnioskodawcy), przedmiotem rozstrzygnięcia nie jest zdarzenie czy zaistniały fakt, ale analiza ustanowionych już przepisów prawa, czyli wyraźne wkroczenie w kompetencje władzy ustawodawczej.

Jeśli zaś mówimy o rozgraniczeniu trzech władz, nie wkraczaniu jednej władzy w sferę działalności innej, to musimy zauważyć również i przestrzegać zasadę wzajemności. Jeśli więc władza sądownicza (a za taką uważa się póki co TK) nie życzy sobie ingerencji władzy ustawodawczej, to analogicznie, władza ustawodawcza nie życzy sobie ingerencji w swój zakres władzy sądowniczej. Czym jest więc „poprawianie” prawa przez TK i przypisywanie sobie przez ten organ kompetencji władzy ustawodawczej? Niczym innym, aniżeli pogwałceniem zasady trójpodziału władzy.

Niezrozumiały więc logicznie i prawnie jest ten cały medialny jazgot zarzucający angażowanie się władzy ustawodawczej w kompetencje władzy sądowniczej, przy jednoczesnej akceptacji odwrotnej ingerencji. Mało tego, mamy wręcz do czynienia z sytuacją nadzwyczaj irracjonalną, w której TK posiada mniemanie wyższości nad władzą ustawodawczą.

Nieodłączną cechą sądu winna być też niezawisłość i apolityczność. Czy instytucja, której członkowie są wybierani przez Sejm, może być całkowicie apolityczna? Nie jest i być nie może. Ciało polityczne jakim jest Sejm nie może wybrać organu niezależnego politycznie – to oczywista oczywistość i żadne epokowe odkrycie. Dowodem i widocznym potwierdzeniem tej tezy jest chociażby fakt tak zaciekłej walki wrogich sobie sił politycznych o obsadę TK, czego jesteśmy świadkami od czerwca ubiegłego roku. Polityczni rywale chcą wcisnąć do TK jak najwięcej „swoich” sędziów, czego już nawet nie ukrywają przed widownią. Czy więc „swój” sędzia może być niezawisły? Odpowiedź jest w tym miejscu zbyteczna. Tak więc instytucja ta nie posiada niezbędnych cech władzy sądowniczej jakimi są apolityczność i niezawisłość, co eliminuje ją całkowicie z tego grona.

Zaprzeczeniem przynależności TK do władzy sądowniczej jest też sam jej prezes Andrzej Rzepliński. Podczas rządów zaprzyjaźnionej z nim opcji politycznej sam napisał sobie nowelizację ustawy o TK (czy to jest rola władzy sądowniczej?) która, aby było śmieszniej, okazała się w części niekonstytucyjna. Zresztą wysoce kuriozalne i niezgodne z wszystkimi zasadami cywilizowanego prawa jest rozstrzyganie we własnej sprawie, z czym mamy do czynienia w przypadku ustawy o TK.

Jeszcze kilka miesięcy temu przeciętny mieszkaniec naszego kraju nie znał nazwiska prezesa TK i nie ma w tym nic nadzwyczaj dziwnego, czy złego. Od kilku jednak tygodni prezes zmartwiony niespodziewanym zwrotem sytuacji na scenie politycznej biega od studia do studia, od redakcji do redakcji, wypłakując się w rękawy dziennikarzy, stękając przy tym o rzekomym łamaniu prawa i zasad demokracji przez obecnie rządzących. Prezes Rzepliński stał się w krótkim czasie znanym już większości Polaków celebrytą. Jak wiemy celebryta znany jest z tego, że jest …znany. Tę wątpliwą jak na sędziego cechę prezes już zdobył, gorzej z merytoryką. Czy niezależny politycznie i niezawisły sędzia ma prawo udzielać wszem i wobec wywiadów wypowiadając się na temat przewidywanych wyroków? Czy jakikolwiek sędzia ma prawo ogłaszać, że nie będzie wykonywał ustawy? Prawo jak widać ma, bo czyni to, ale tym samym dyskwalifikuje się jako sędzia, prezes TK i profesor prawa jednocześnie. Skoro twierdzi, że TK nie podlega ustawie tylko Konstytucji, to dlaczego dotychczas uznawał ustawę, a nawet pisał jej projekt – sam sobie więc zaprzecza. W sukurs idą mu byli sędziowie i prezesi TK nawołując wręcz do łamania prawa i akceptując zachowanie Rzeplińskiego. Z tych samych ust padają zarzuty w drugą stronę, o łamaniu prawa i zasad demokracji – aż trudno uwierzyć, że słyszymy to z ust „profesorów” prawa.

Ale wracając do samego TK widzimy, że podmiot ten nie posiada podstawowych cech przynależnych odwiecznie sądom. Przede wszystkim nie rozstrzyga sporów pomiędzy podmiotami. Nie orzeka w sprawie zdarzeń i faktów, a jest organem li tylko recenzującym władzę ustawodawczą, wchodzi w jej kompetencje, a nawet niesłusznie przypisuje sobie nadrzędność nad nią. Nie bez powodu więc niektórzy nazywają Trybunał – i słusznie – „trzecią izbą parlamentu”, bowiem spełnia on wyraźnie taką rolę. Ba, „poprawia” nawet Prezydenta RP, a jego wyroki są ostateczne ! W demokratycznym (niby) więc państwie, w którym z założenia najwyższym suwerenem powinien być demos (czyli lud) sprawujący władzę poprzez swoich przedstawicieli w parlamencie, wyrosła nam swego rodzaju nadwładza. Nadto sposób wyboru sędziów (przez Sejm) w sposób nadzwyczaj jaskrawy eliminuje ich apolityczność i niezawisłość.

Myślę, że nieprędko zakończy się ten cały szum wokół TK. Instytucja ta zdecydowanie nie jest sądem, co starałem się uzasadnić, a jej członkowie to politycy w togach. Wiele państw o wysokich standardach prawnych wspaniale radzi sobie bez sądu konstytucyjnego, co sugerowałbym wybrańcom narodu polskiego.

autor:
Sekretariat

Komentarze